...puścić pawia i zacząć gryźć życie z drugiej strony...
Blog > Komentarze do wpisu
wypięłam się na "jak zwykle"

 Właśnie wywaliłam w kosmos to, co pisałam przez ostatnie 15 minut. Dlatego, że nie zamierzam się tym denerwować, nie będę próbować odtwarzać i tracić znowu czasu. Potem. A teraz tylko migawka z poranka(do czego to doszło, robię zdjęcia telefonem;D).

 

22;55

Jak zwykle miałam mnóstwo rzeczy do zrobienia. Od tego często jest sobota. W moim przypadku sobót spędzanych w mieście jest naprawdę mało, na tygodniu, jak już wieczorem wrócę do domu, padam na twarz więc robię tylko to co na bieżąco, choć i tak nie zawsze. Nazbierało się więc trochę tematów do ogarnięcia. Ale dziś miało się okazać, że co się odwlecze...;D

Kiedy o 5;00 zadzwonił budzik, K.prawie nieprzytomny stwierdził, że za wcześnie, za ciemno, że mu się nie chce i pomysł głupi. Głupi nie był tylko pora roku trochę nieodpowiednia. Decyzja, że śpimy dalej nie zmartwiła mnie ani trochę. Naprawdę rozbudzać zaczęłam się ok. 8;00 wzięłam książkę, trochę czytałam, zasypiałam, budziłam się, znowu zasypiałam. Nie mogłam się zdecydować czy jest mi zimno czy nie, czy wolę leżeć na plecach czy na brzuchu, a ból gardła tylko mocniej ukorzenił moją potrzebę powiercenia się w łóżku dłużej niż zwykle. Ok. 9;00 zgłodniałam a najlepsza na sobotni poranek okazała się jajecznica na masełku i herbata z miodem. W międzyczasie K. rozkminił nowy plan - postanowiłam nie skorzystać, nie z egoizmu, z rozsądku raczej. "Rozstaliśmy się" o 10;00, z zamiarem ponownego spotkania w okolicach 2 w nocy. Ja, ignorując rozpierduchę w kuchni, stertę prania i wiele innych odkładanych skrupulatnie obowiązków, wskoczyłam w rowerowe ciuchy, spakowałam książkę do plecaka i pomknęłam - nad Zalew. Pomimo powtarzającego się od jakiegoś czasu bólu kolan, 15 km pokonałam zaskakująco szybko. Ścieżka o tej porze dnia jest wyjątkowo przyjazna rowerzystom. :D Na miejscu znalazłam zacienioną ławeczkę, z perspektywami na nasłonecznienie w ciągu najbliższych 15 minut. Kiedy już nacieszyłam się spokojem, widokiem żaglówek, kajaków, narciarzy wodnych i totalnie wyluzowanych noszonych przez wodę kaczek, oddałam się lekturze i konsumpcji polskich śliwek węgierek. Cudowny klimat. W drogę powrotną zebrałam się ok. 13;00, tylko dlatego, że na ścieżce robiło się coraz tłoczniej a jazda 17 k/h, slalomem między psami, rolkarzami, zagapionymi pieszymi i niezbyt rozgarniętymi rowerzystami do najprzyjemniejszych nie należy. Fajnie zaczęłam dzień, co prawda 30 km na liczniku to nie wyczyn, ale i tak cieszę się, że poszłam na rower, poczytałam w spokoju zamiast zawisnąć nad stertą naczyń w zlewie. Po powrocie do domu postanowiłam nie psuć nastroju i spędzić resztę dnia nic nie musząc. Szkoda, że sobota jest tylko raz w tygodniu. ;)

sobota, 17 września 2011, asunday

Polecane wpisy