...puścić pawia i zacząć gryźć życie z drugiej strony...
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
O autorze
Zakładki:
wtorek, 08 października 2013
taki biegowy prezent..

...dostałam. To się nazywa pomysłowość Biel.. - Biegacza znaczy. :)

wtorek, 06 sierpnia 2013
samotność krótkodystansowca ;)

 

i dziś i wczoraj, pomimo wybiegnięcia po 21;00 duszno, gorąco - sucha sauna. I o ile wczoraj spotkałam kilka biegających osób, dziś - nikogo. Ciekawe jak będzie jutro. ;) 

Po wczorajszym bieganiu czułam się rewelacyjnie. Dziś mam ból karku, który jak dotąd towarzyszył mi tylko przy długich dystansach na rowerze. A przy rozciąganiu wrócił ból w pękniętej łąkotce. I nie wiadomo o co chodzi.

Tak sobie myślę, że biegać z kimś jest fajniej. Tylko, że wszyscy biegający znajomi to już wyjadacze - maratończycy, a przynajmniej pół. Muszę namówić kogoś nowego na bieganie. :)

wtorek, 16 lipca 2013
chomikowałam ...

   ...dziś na osiedlowym boisku, pierwszy raz. Bez podbiegów, mięciutko, równiutko - idealnie jak na mój obecny stan "padamnatwarz". I innych biegaczy bezliku więc nie wypada się obijać.;P Ale na dłuższą metę to chyba może się znudzić. Boisko widzę z okna więc opcja kusząca, ale założenie jest takie, że ulegam jej maksymalnie raz w tygodniu. W pozostałe dni obowiązuje marud: "czy ten podbieg się kiedyś skończy?" ;)

A tak w ogóle to wkurzyłam się na Lidla. Reklamą narobił mi ochoty na niebieściutkie buty do biegania - tanie więc stwierdziłam, że trza kupić a jak się nie nadadzą to nie żal rozczłapać. Poszłam pełna nadziei. I co? "Gówno" chciałoby się rzec. Niebieskich nie uraczysz. Ale jak będę jeszcze tańsze -hahaha- to rozważę inny kolor. ;P

A na serio, to serio chodzą mi głowie jakieś lanserskie - Najeczki a najchętniej Anima Sana In Corpore Sano - trza uciułać. ;

 

p.s.

Cztery wpisy na blogu z dość sporą częstotliwością. To chyba oznacza, że mój czas idzie w niewłaściwym kierunku. Przecież normalnie to powinnam nie mieć siły na nic, po wyciskaniu na rowerze. ehhhh, lato się kończy!!! ;P

poniedziałek, 10 czerwca 2013
NAJFAJNIEJSZY!!!!!!!!!!!!! :D

I ponoć najtrudniejszy. Taki właśnie był .. tak, tak: PIERWSZY MARATON LUBELSKI!!! :)

Było wspaniale.:) Ale uporządkujmy nieco fakty.

Moja praca przy ML miała się rozpocząć w środę o 17;00. Zapał był ogromny więc po pracy, niezniechęcona ulewą, po godzinie przedzierania się przez korki, z przemoczonymi doszczętnie butami dotarłam do Biura Zawodów składać pakiety. Na miejscu okazało się jednak, że nie uczymy się na błędach i my jesteśmy na czas a gadżety od sponsorów niestety nie. Spraw do obgadania było sporo zatem pobyt w Biurze spożytkowaliśmy sensownie. A o 18;00 rozeszliśmy się do domów odpoczywać i zbierać energię na kolejne dni. Było już po deszczu więc zrobiłam sobie spacer przez pół miasta, zastanawiając się przy okazji jak zaplanować czwartkowe-poremontowe porządki. I pod ich znakiem cały urlopowy czwartek właśnie mi upłyną. Po raz kolejny w Biurze znalazłam się w piątek o 17;00. Pakiety były już gotowe więc opanowując inwazję mrówek i opadający namiot w związku z nieoczekiwanymi przerwami w dostawach prądu,  zapominając o masakrycznym zmęczeniu oddałam się pracy. Biegacze nas nie zawiedli i w zdecydowanej większości odebrali pakiety startowe, odejmując nam tym samym stresów w związku z sobotą. Po 21;00 przyjechał po mnie K., głodną i zmęczoną posilił frytkami z KFC (na moje własne życzenie) i pomknęliśmy do domu żeby się nie wyspać. ;) No tak, bo zanim przygotowałam się na sobotę była już prawie północ.

A sobota to istne szaleństwo. Pobudka o 5;01, szybki prysznic, makijaż i w te pędy rowerem do Biura Zawodów. Taka przejęta byłam i zapędzona, że już prawie przed samym celem nie zauważyłam nierówności na ścieżce i wywinęłam orła przez kierownicę, przy okazji zrywając linkę od przerzutek. Dobrze, że rower stary i więź emocjonalna mnie z nim nie łączy. Mogłam go spokojnie przypiąć do ogrodzenia i zapomnieć o nim na kilka godzin. ;) Mnie samej, poza zabrudzeniami i mocno widocznymi śladami porannej rosy na spodenkach i bluzie, nic nie doskwierało. O 6 z minutami pobiegłam pod Ratusz aby dołączyć do tła dla relacji na żywo dla TVP aby za chwil kilka, również biegiem wrócić do Biura gdzie zaczynało się robić gorąco. :) O 8;45, po szybkim skonsumowaniu śniadania w postaci kanapki, kiedy niektórzy odliczali już minuty do startu, z Olą i Dorotą prułyśmy przez miasto na miejsce zbiórki "na trasie", z tabliczką ORGANIZATOR za szybą. :) Po kilku minutach dotarłyśmy do celu, pełne nadziei, że jako niedoświadczone w obstawianiu trasy dostaniemy zadanie nieskomplikowane. Jakże szybko nadziei tej pozbawione zostałyśmy. Okazało się, że wszystkie punkty na naszym odcinku są już obstawione poza jednym - najgorszym. No i przypadło nam w udziale ogromne, ruchliwe rondo na którym miałyśmy wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo biegaczy. Po chwili załamania opracowałyśmy strategię i zaczęłyśmy działać. Kiedy na rondo wjeżdżali pierwsi wózkarze nie wyglądało to jeszcze kolorowo, ale po kilku wrzaskach na policjanta, który dołączył z kolegą do naszej ekipy wszystko zaczynało się układać. Przyznaję, że pierwszy raz w życiu krzyczałam na policjanta i udzielałam rad jak kierować ruchem - bardzo skutecznych jak się okazało. ;) I mandatu nie dostałam. :) Kiedy zaczęli pojawiać się biegacze atmosfera była tak niesamowita, że nie przeszkadzał upał, gorąc bijący od asfaltu, ani niektórzy, niepokorni kierowcy,którzy próbowali robić sobie objazdy przez moje stopy. ;) Nie czułam bólu dłoni, którymi cały czas dopingowałam maratończyków. Kiedy znajomi przybijali "piątkę" w oku kręciła się łza wzruszenia. A po 12;00 rondo mogło już wrócić do normalnego rytmu, a ja do Biura Zawodów, aby chwilę później znaleźć się w strefie mety z medalami w dłoni. Rozdałam ich chyba ok. 200. W niedzielę nie mogłam podnieść rąk do góry, ale to sprawa drugoplanowa. Strefa Mety to miejsce niezwykłe, kurcze, jak chyba każde, które gościło Maraton. Miejsce niesamowitej energii, pięknego zjednoczenia się ludzi, miejsce wspaniałych emocji. I tu znowu pojawiała się ta łza w oku - szczególnie na widok znajomych, dalszych i bliższych. Radość z Ich szczęścia, którą trudno było opanować. Kiedy na metę wbiegła Ania, emocje nie wyrabiały i rozpłakałam się razem z nią. Nie ma co dużo gadać. Po prostu było PIĘKNIE. :)

Pomimo zmęczenia i masakrycznego głodu - poza poranną kanapką nie miałam czasu na nic innego, włączyłam się jeszcze w ogarnianie bałaganu, ściąganie banerów, noszenie płotków i inne takie. A ok. 17;00 był zasłużony, wymarzony, przepyszny obiad u Cioci, który konsumowałam na półśpiąco. :) Na zakończenie dnia zafundowaliśmy sobie jeszcze z K. 4-kilometrowy spacer do domu, aby na miejscu paść i nie wstawać do 10;00 w niedzielę.

Wiem, już pisałam ale pewnie napiszę jeszcze nie raz. Było wspaniale. Impreza zorganizowana na najwyższym poziomie i ja mam w niej swój mały udział. Jestem dumna i szczęśliwa, że dane było mi poznać tak wspaniałych ludzi jak Organizatorzy Pierwszego Maratonu Lubelskiego - Najfajniejszego i Najtrudniejszego. :D Jestem dumna, że znam Maratończyków. 

I tylko żałuję, że w związku z zawirowaniami w życiu osobistym, pracą, okołoremontowym zmęczeniem, nie mogłam dać z siebie tyle ile bym chciała. Ale jestem szczęśliwa, że przynajmniej dałam ile mogłam. I było warto. :)

A co teraz? Czekam na DRUGI. :)

 

I fotki:

W akcji! :)

Sama przyjemność. :)

Z Panami z telewizji. :)

Taaaaki piękny. :)

Zasłużyłyśmy:

Ehhh, 42 - marzenie. :)

Fotki zrobili: K., TVP Lublin, Monika i Marek Miśkiewicz

wtorek, 04 czerwca 2013
"Aby na prawdę znaleźć się tam, gdzie jesteśmy, gdziekolwiek to jest..."

W całym zamęcie codzienności znalazłam czas na pierwsze zebranie członkiń Klubu Slow Life, którego idee, cele i inne takie jeszcze w powijakach, ale zapowiada się ciekawie. Oby zapału nie zabrakło.:) Przy kawie z pianką coś tam się zaczęło rysować. Pomysłów w każdym razie jest dużo.

Po powrocie, pozytywnie nakręcona, wyskoczyłam na bieganko, w tempie niepanachającym.;) Mega mi się podoba, że wyjście na bieganie przestało być wyzwaniem a stało się czynnością sprawiającą przyjemność.

A właśnie, skoro przy bieganiu jestem, w sobotę pierwszy lubelski MARATON. Nie mogę się doczekać. Trudno dopiąć wszystko na ostatni guzik, ale dobrze to wygląda. Oby tylko się udało tak, jak byśmy chcieli żeby się udało. Jutro składamy pakiety, w piątek Biuro Zawodów. W sobotę oprócz dyżuru w Biurze wskoczę chyba też na trasę. Niektóre odcinki nie mają pełnej obsady więc trzeba będzie się dwoić i troić.;) Jest moc - będzie sztos.:)

Pomoc przy Dychach, Maratonie to wielka frajda. Pozytywnie zakręceni ludzie z niesamowitymi pomysłami i energią chyba z kosmosu. To też ciągle nowe doświadczenie pozalubelskie. Bo na przykład ostatnio pojechaliśmy do Lwowa. Pomyśleć, że takie cudne miasto, tak niedaleko a nigdy wcześniej tam nie byłam. Mogę powiedzieć, że zabrał mnie tam Maraton - żeby zobaczyć półmaraton. Trochę "dziki", ale na klimacie. Szkoda, że nie biegłam..;) Ale Lwów mnie oczarował, muszę tam wrócić. :

Półmaraton biegowy, ale wątku rowerowego zabraknąć nie mogło.:)

Było trochę czasu na zwiedzanie - za mało. ;)

A jedzenie w restauracji Puzata Hata po prostu wymiata, ceny też - tanioszka. :)

Nawet przejedzenie nie powstrzymało mnie przed spróbowaniem tortu orzechowego - było warto. :)

 
1 , 2